Wraz z premierą Windows 10 otrzymaliśmy mocno zmodernizowany pakiet zabezpieczający, znany użytkownikom jako Windows Defender. Co prawda dostępny był już w poprzednich odsłonach Windows, jednak dopiero w najnowszej postawiono tak duży nacisk na jego rozwój. To jednak dla Microsoftu zbyt mało, toteż postanowiono pójść o krok dalej.

Windows Defender Browser Protection

Zaowocowało to powstaniem rozszerzenia o nazwie Windows Defender Browser Protection i co ciekawe, jest ono skierowane do użytkowników Google Chrome. Dzięki niemu, po kliknięciu w potencjalnie niebezpieczny odnośnik otrzymamy stosowne powiadomienie. Generalnie mechanizm ten działa podobne do tego wbudowanego we wspomnianą przeglądarkę, więc i tutaj, w razie takiej potrzeby, bez problemu odrzucimy ostrzeżenie.

Listy, o które się opiera, mają być na bieżąco aktualizowane. Dzięki temu Microsoft powinien w miarę szybko reagować na nowo pojawiające się zagrożenia.

Raz na jakiś czas Microsoft stara się przekonać użytkowników Windows 10, że ich przeglądarka jest najlepszym wyborem. Dotychczas niewiele z tego wynikało, niemniej, firma wciąż nie daje za wygraną. Dlatego też niedawno udostępniono kolejne wideo ukazujące wyższość Microsoft Edge w kontekście optymalizacji zużycia zasobów ogniw skrytych w naszych urządzeniach. Jako kontrast jak zwykle użyto jego bezpośrednich konkurentów, tj. Google Chrome oraz Mozilla Firefox.

Dzięki powyższemu filmikowi dowiedzieliśmy się, że oglądając wideo online z daleka od zasilania wytrzymamy 63% dłużej niż w przypadku Firefoxa. Jeśli chodzi o Chrome, to osiągnięty wynik nie robi już tak ogromnego wrażenia, choć wciąż warty jest odnotowania – wyniósł on 19%. Niestety poskąpiono jakichkolwiek danych dotyczących wykorzystanej metodologii, więc podane liczby trudno brać na poważnie. Tym bardziej, że nie wiadomo nawet z jakich wersji przeglądarek skorzystano. Raczej nie trzeba nikogo przekonywać, że mogło to mieć ogromny wpływ na przebieg badania.

Rynkowa sytuacja Microsoft Edge nie należy do najlepszych. Nie dość, że od samego początku zmaga się ona z mniej lub bardziej zasadnymi uprzedzeniami, to jeszcze dopiero od niedawna można ją bez wyrzutów polecić. Na jej negatywny odbiór wpływa m. in. mała dostępność rozszerzeń, które wolno pojawiają się w sklepie Windows. Dużo w tym zasługi Microsoftu, ponieważ to właśnie oni maksymalnie wydłużyli i utrudnili proces ich publikowania.Video Downloader Professional

Warto jednak nadmienić, iż ostatnio swój debiut miał Video Downloader Professional – przeportowany wprost z Google Chrome. Poszczycić się on może dość dużą popularnością, będącą konsekwencją jego sporych możliwości. Nie tylko pozwala on na pobieranie wideo z YouTube czy Vimeo, ale też za jego pomocą sporządzimy listę ulubionych filmików. Co ciekawe, możemy je obejrzeć bez wymogu przejścia do strony źródłowej, co jest niewątpliwą zaletą tego rozszerzenia.

Microsoft przy okazji Anniversary Update pochwalił się, jakie postępy poczyniono w kontekście rozwoju Microsoft Edge. Jej głównym atutem, wyróżniającym tę przeglądarkę na tle konkurencji, miała być energooszczędność. Niedawne pojawienie się Creators Update zmotywowało firmę do ponownego przeprowadzenia eksperymentu, który, jak nie trudno się domyślić, zapewnił ten sam rezultat.

W walce zestawiono trzy przeglądarki – Microsoft Edge 40.15063.0.0, Google Chrome 57.0.2987.133 (64-bit) oraz Firefox 52.0.1 (32-bit). Maszyną testową był sprzęt wyposażony w procesor i5-6300U @ 2.4GHz 2.5GHz, 8GB RAM oraz grafikę Intel HD Graphics 520. Co oczywiste, całość pracowała na systemie Windows 10 Creators Update (build 15063.0).

Opierając się na metodologii dokładnie opisanej w podlinkowanym wpisie udało się osiągnąć interesujące rezultaty. Najgorszy wynik, na poziomie 7 godzin, 4 minut i 19 sekund osiągnął Firefox. Wyżej uplasował się Google Chrome, rozładowując komputer w 9 godzin, 17 minut i 3 sekundy. Na pierwszym miejscu znalazł się Microsoft Edge, który zapewnił 12 godzin, 31 minut i 8 sekund nieprzerwanej pracy.

Co prawda trzeba mieć na uwadze, że wszystko odbywało się w ściśle kontrolowanych warunkach. W typowych, domowych zastosowaniach sytuacja może przedstawiać się ciut inaczej. Niemniej, nie powinniśmy osiągać znacząco innych wyników.

Microsoft niedawno wydał dość sporą aktualizację wtyczki Skype dla Google Chrome. Po raz kolejny pokazał tym, że potrafi stworzyć kawał przydatnego oprogramowania. Szkoda tylko, że stwierdzenie to jest prawdziwe wyłącznie wtedy, gdy chodzi o konkurencyjną platformę. Niemniej, najważniejszą zmianą nowej odsłony jest możliwość tworzenia linków do rozmowy wyłącznie poprzez jedno kliknięcie – przynajmniej tak twierdzi Microsoft.

Dodatkowo, zaktualizowane rozszerzenie dobrze integruje się z Outlookiem, Gmailem i, co ciekawe, Inboxem. Nie zabrakło przy tym wsparcia dla kalendarza (zarówno Google jak i Microsoftu), co, w odpowiednim czasie, zaowocuje stosownym powiadomieniem. Pojawiła się również obsługa Twittera, dzięki czemu wszystkie obserwujące nas osoby będą mogły się przyłączyć do wideokonferencji.

Choć opisywana aktualizacja nie jest jakoś wyjątkowo przełomowa, to jednak przynosi kilka ciekawych usprawnień. Na pewno sporą jej zaletą jest nieograniczanie się wyłącznie do usług Microsoftu, co być może przysporzy jej kilku nowych użytkowników. Pozostaje jednak pytanie, czy naprawdę potrzebujemy uproszczenia już i tak prostej czynności?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dość często przeczytać mogliśmy informacje, że jakaś firma porzuciła wsparcie dla Windowsa XP. Mowa tutaj chociażby o Google, które zdecydowało się całkowicie wstrzymać aktualizacje Google Chrome. Z czasem dojdzie do tego niemożność uruchomienia Gmaila, co dla wielu osób może być dość dotkliwe – no chyba, że zawczasu zmienimy przeglądarkę. Niemniej trend ten jest nieunikniony i raczej nikogo nie powinien on dziwić . W końcu firmy technologiczne nie chcą wspierać, w ich mniemaniu, przestarzałych rozwiązań.

Na podobny ruch zdecydował się również Microsoft, choć mowa tutaj nie o Windows XP, a o starych odsłonach Skype. W kontekście Windows mowa tutaj o wersji 7.16 i wcześniejszych, natomiast w przypadku macOS są to wydania od 7.0 do 7.18. Po 1 marca nie będziemy w stanie zalogować się do w/w klientów. Jeśli więc wciąż chcemy korzystać z tego komunikatora, to powinniśmy go niezwłocznie zaktualizować.

Powodem takiego stanu rzeczy jest stopniowe przechodzenie z infrastruktury peer-to-peer na jej nowszy odpowiednik. Ma on być nowoczesny oraz przyjazny urządzeniom mobilnym, gdyż całość opierać się będzie na chmurze. W tym kontekście dziwi więc fakt, iż Microsoft ani słowem nie wspomniał o wersjach Skype przeznaczonych na smartphony. Niemniej nie należy się spodziewać ich specjalnego traktowania, toteż z czasem i je dotkną wyżej opisywane zmiany.

Microsoft Edge dość średnio radzi sobie na skostniałym rynku przeglądarek. Choć firma za nią stojąca stara się jak może by zmienić ten stan rzeczy, to jak na razie nie bardzo im to wychodzi. Nawet cykliczne raporty traktujące o jej wyższości nad konkurencją nie dają żadnego efektu. Dlatego też Microsoft tak rozpaczliwie chce zachęcić konsumentów do skorzystania z niej, co doprowadziło do wyświetlania stosownych „sugestii” w samym Windows 10.

Do tego wszystkiego doszła niedawno informacja o ekskluzywnym wsparciu dla strumieniowania filmów w rozdzielczości 4K z serwisu Netflix. O czymś takim konsumenci korzystający z Google Chrome czy Firefox mogą jak na razie pomarzyć. Trzeba przyznać, że Microsoft wreszcie idealnie wyczuł sytuację, gdyż w/w jakość wideo zdobywa coraz większą popularność. Z drugiej strony trudno oczekiwać tego, iż użytkownicy szturmem zaczną korzystać z Microsoft Edge. Większość z nich nawet nie będzie w stanie skorzystać z nowych możliwości, gdyż ich sprzęt im na to nie pozwoli.

Microsoft nieustannie stara się, by przeglądarka Microsoft Edge nie została całkowicie wyparta ze świadomości konsumentów. Wychodzi im to różnie, jednak trzeba przyznać, że rozwijają ją dość prężnie. Choć jeszcze wiele pozostało do zrobienia w zakresie funkcjonalności, to najnowszy raport NSS Labs wskazuje na to, że przynajmniej pod względem bezpieczeństwa produkt ten wyprzedza swoją konkurencję.

Microsoft Edge NSS Labs

Microsoft Edge wyłapał 91,4% złośliwych stron (phishing) i zablokował 99% spreparowanych próbek. Wyniki osiągnięte przez przeglądarki Google Chrome i Firefox wynoszą odpowiednio 82,4% / 85,8% oraz 81,4% / 78,3%. Różnice w skuteczności są więc dość dobrze zarysowane, choć ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak mają się one do rzeczywistości.

W teście użyto Microsoft Edge w wersji 38.14393.0.0, wydania Google Chrome o numerze 53.0.2785 oraz Firefoxa w odsłonie 48.0.2.

Microsoft Edge od samego początku nie ma zbyt lekkiego życia, gdyż początkowe, szumne zapowiedzi praktycznie w ogóle nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości, a i wiele podstawowych rzeczy nie działało tak jak powinno. Poskutkowało to bardzo szybkim odwrócenie się od niego wielu konsumentów, którzy za nic nie chcieli wyczekiwać nadchodzących zmian.

Nie dziwi więc fakt, że Microsoft tak desperacko stara się uatrakcyjnić swoją najnowszą przeglądarkę w oczach użytkowników Windows 10, na co dość dobitnie wskazuje niedawno wydany Anniversary Update. Wraz z nim w Microsoft Edge pojawiło się wsparcie dla rozszerzeń i choć na chwilę obecną nie ma ich zbyt wiele (raptem 13), to być może najnowszy ruch firmy odwróci złą passę. Otóż zdecydowano się wydać narzędzie o wdzięcznej nazwie Microsoft Edge Extension Toolkit, którego głównym zadaniem jest ułatwienie pracy programistom chcącym wydać swoje rozszerzenia dla tejże przeglądarki. Zasada jego działania opiera się na konwertowaniu dodatków pisanych z myślą o Google Chrome w taki sposób, by mogły być one uruchamiane w produkcie Microsoftu działającym na Windows 10 Anniversary Update (wersja 14393.10). Prócz lakonicznego opisu pochodzącego ze sklepu brak jest jakichkolwiek bardziej szczegółowych informacji na jego temat, lecz jeśli jednak ktoś zapragnie z niego skorzystać, to powinien udać się do sklepu Windows.

Wielu wiernym fanom Opery nie spodobała się obrana przez nich jakiś czas temu, nowa ścieżka. Zdecydowano się wtedy porzucić rozwijany od lat silnik Presto, by zamiast niego skorzystać z gotowego Blinka, będącego forkiem popularnego WebKita. Oliwy do ognia niewątpliwie dodał fakt, iż przy okazji całkowicie przebudowano interfejs na wzór Google Chrome, a przy tym pozbyto się większości funkcji, za które użytkownicy tak lubili poczciwą Operę napędzaną przez Presto.opera_666x348Niedawno spadł na nich kolejny cios, gdyż na jaw wyszła druzgocąca informacja, wynikająca z dość miernej kondycji finansowej twórców Opery. Zaowocowało to pomysłem na sprzedaż tejże przeglądarki, lecz przez bardzo długi czas nikt nie zdecydował się na jej kupno. Dopiero całkiem niedawno zainteresowało się nią chińskie konsorcjum złożone z firmy Kunlun Tech (deweloper gier mobilnych) oraz Qihoo 360 (producent programu antywirusowego). Jak się okazuje, zaoferowana kwota wynosi aż 1,2 miliardów dolarów i w zamian za nią nowi nabywcy otrzymają 100% udziałów. Należy tutaj odnotować, iż nic nie zostało jeszcze oficjalnie zatwierdzone, aczkolwiek obecny właściciel Opery twierdzi, że jest zadowolony z przedstawionej mu oferty i nie widzi żadnych powodów aby ją odrzucić. Można więc śmiało założyć, iż prędzej czy później dojdzie do wspomnianej transakcji i swego czasu wszędzie polecana przeglądarka zmieni swojego właściciela.