Rynkowa sytuacja Microsoft Edge nie należy do najlepszych. Nie dość, że od samego początku zmaga się ona z mniej lub bardziej zasadnymi uprzedzeniami, to jeszcze dopiero od niedawna można ją bez wyrzutów polecić. Na jej negatywny odbiór wpływa m. in. mała dostępność rozszerzeń, które wolno pojawiają się w sklepie Windows. Dużo w tym zasługi Microsoftu, ponieważ to właśnie oni maksymalnie wydłużyli i utrudnili proces ich publikowania.Video Downloader Professional

Warto jednak nadmienić, iż ostatnio swój debiut miał Video Downloader Professional – przeportowany wprost z Google Chrome. Poszczycić się on może dość dużą popularnością, będącą konsekwencją jego sporych możliwości. Nie tylko pozwala on na pobieranie wideo z YouTube czy Vimeo, ale też za jego pomocą sporządzimy listę ulubionych filmików. Co ciekawe, możemy je obejrzeć bez wymogu przejścia do strony źródłowej, co jest niewątpliwą zaletą tego rozszerzenia.

Microsoft przy okazji Anniversary Update pochwalił się, jakie postępy poczyniono w kontekście rozwoju Microsoft Edge. Jej głównym atutem, wyróżniającym tę przeglądarkę na tle konkurencji, miała być energooszczędność. Niedawne pojawienie się Creators Update zmotywowało firmę do ponownego przeprowadzenia eksperymentu, który, jak nie trudno się domyślić, zapewnił ten sam rezultat.

W walce zestawiono trzy przeglądarki – Microsoft Edge 40.15063.0.0, Google Chrome 57.0.2987.133 (64-bit) oraz Firefox 52.0.1 (32-bit). Maszyną testową był sprzęt wyposażony w procesor i5-6300U @ 2.4GHz 2.5GHz, 8GB RAM oraz grafikę Intel HD Graphics 520. Co oczywiste, całość pracowała na systemie Windows 10 Creators Update (build 15063.0).

Opierając się na metodologii dokładnie opisanej w podlinkowanym wpisie udało się osiągnąć interesujące rezultaty. Najgorszy wynik, na poziomie 7 godzin, 4 minut i 19 sekund osiągnął Firefox. Wyżej uplasował się Google Chrome, rozładowując komputer w 9 godzin, 17 minut i 3 sekundy. Na pierwszym miejscu znalazł się Microsoft Edge, który zapewnił 12 godzin, 31 minut i 8 sekund nieprzerwanej pracy.

Co prawda trzeba mieć na uwadze, że wszystko odbywało się w ściśle kontrolowanych warunkach. W typowych, domowych zastosowaniach sytuacja może przedstawiać się ciut inaczej. Niemniej, nie powinniśmy osiągać znacząco innych wyników.

Microsoft niedawno wydał dość sporą aktualizację wtyczki Skype dla Google Chrome. Po raz kolejny pokazał tym, że potrafi stworzyć kawał przydatnego oprogramowania. Szkoda tylko, że stwierdzenie to jest prawdziwe wyłącznie wtedy, gdy chodzi o konkurencyjną platformę. Niemniej, najważniejszą zmianą nowej odsłony jest możliwość tworzenia linków do rozmowy wyłącznie poprzez jedno kliknięcie – przynajmniej tak twierdzi Microsoft.

Dodatkowo, zaktualizowane rozszerzenie dobrze integruje się z Outlookiem, Gmailem i, co ciekawe, Inboxem. Nie zabrakło przy tym wsparcia dla kalendarza (zarówno Google jak i Microsoftu), co, w odpowiednim czasie, zaowocuje stosownym powiadomieniem. Pojawiła się również obsługa Twittera, dzięki czemu wszystkie obserwujące nas osoby będą mogły się przyłączyć do wideokonferencji.

Choć opisywana aktualizacja nie jest jakoś wyjątkowo przełomowa, to jednak przynosi kilka ciekawych usprawnień. Na pewno sporą jej zaletą jest nieograniczanie się wyłącznie do usług Microsoftu, co być może przysporzy jej kilku nowych użytkowników. Pozostaje jednak pytanie, czy naprawdę potrzebujemy uproszczenia już i tak prostej czynności?

W ciągu ostatnich kilku miesięcy dość często przeczytać mogliśmy informacje, że jakaś firma porzuciła wsparcie dla Windowsa XP. Mowa tutaj chociażby o Google, które zdecydowało się całkowicie wstrzymać aktualizacje Google Chrome. Z czasem dojdzie do tego niemożność uruchomienia Gmaila, co dla wielu osób może być dość dotkliwe – no chyba, że zawczasu zmienimy przeglądarkę. Niemniej trend ten jest nieunikniony i raczej nikogo nie powinien on dziwić . W końcu firmy technologiczne nie chcą wspierać, w ich mniemaniu, przestarzałych rozwiązań.

Na podobny ruch zdecydował się również Microsoft, choć mowa tutaj nie o Windows XP, a o starych odsłonach Skype. W kontekście Windows mowa tutaj o wersji 7.16 i wcześniejszych, natomiast w przypadku macOS są to wydania od 7.0 do 7.18. Po 1 marca nie będziemy w stanie zalogować się do w/w klientów. Jeśli więc wciąż chcemy korzystać z tego komunikatora, to powinniśmy go niezwłocznie zaktualizować.

Powodem takiego stanu rzeczy jest stopniowe przechodzenie z infrastruktury peer-to-peer na jej nowszy odpowiednik. Ma on być nowoczesny oraz przyjazny urządzeniom mobilnym, gdyż całość opierać się będzie na chmurze. W tym kontekście dziwi więc fakt, iż Microsoft ani słowem nie wspomniał o wersjach Skype przeznaczonych na smartphony. Niemniej nie należy się spodziewać ich specjalnego traktowania, toteż z czasem i je dotkną wyżej opisywane zmiany.

Microsoft Edge dość średnio radzi sobie na skostniałym rynku przeglądarek. Choć firma za nią stojąca stara się jak może by zmienić ten stan rzeczy, to jak na razie nie bardzo im to wychodzi. Nawet cykliczne raporty traktujące o jej wyższości nad konkurencją nie dają żadnego efektu. Dlatego też Microsoft tak rozpaczliwie chce zachęcić konsumentów do skorzystania z niej, co doprowadziło do wyświetlania stosownych „sugestii” w samym Windows 10.

Do tego wszystkiego doszła niedawno informacja o ekskluzywnym wsparciu dla strumieniowania filmów w rozdzielczości 4K z serwisu Netflix. O czymś takim konsumenci korzystający z Google Chrome czy Firefox mogą jak na razie pomarzyć. Trzeba przyznać, że Microsoft wreszcie idealnie wyczuł sytuację, gdyż w/w jakość wideo zdobywa coraz większą popularność. Z drugiej strony trudno oczekiwać tego, iż użytkownicy szturmem zaczną korzystać z Microsoft Edge. Większość z nich nawet nie będzie w stanie skorzystać z nowych możliwości, gdyż ich sprzęt im na to nie pozwoli.

Microsoft nieustannie stara się, by przeglądarka Microsoft Edge nie została całkowicie wyparta ze świadomości konsumentów. Wychodzi im to różnie, jednak trzeba przyznać, że rozwijają ją dość prężnie. Choć jeszcze wiele pozostało do zrobienia w zakresie funkcjonalności, to najnowszy raport NSS Labs wskazuje na to, że przynajmniej pod względem bezpieczeństwa produkt ten wyprzedza swoją konkurencję.

Microsoft Edge NSS Labs

Microsoft Edge wyłapał 91,4% złośliwych stron (phishing) i zablokował 99% spreparowanych próbek. Wyniki osiągnięte przez przeglądarki Google Chrome i Firefox wynoszą odpowiednio 82,4% / 85,8% oraz 81,4% / 78,3%. Różnice w skuteczności są więc dość dobrze zarysowane, choć ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak mają się one do rzeczywistości.

W teście użyto Microsoft Edge w wersji 38.14393.0.0, wydania Google Chrome o numerze 53.0.2785 oraz Firefoxa w odsłonie 48.0.2.

Microsoft Edge od samego początku nie ma zbyt lekkiego życia, gdyż początkowe, szumne zapowiedzi praktycznie w ogóle nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości, a i wiele podstawowych rzeczy nie działało tak jak powinno. Poskutkowało to bardzo szybkim odwrócenie się od niego wielu konsumentów, którzy za nic nie chcieli wyczekiwać nadchodzących zmian.

Nie dziwi więc fakt, że Microsoft tak desperacko stara się uatrakcyjnić swoją najnowszą przeglądarkę w oczach użytkowników Windows 10, na co dość dobitnie wskazuje niedawno wydany Anniversary Update. Wraz z nim w Microsoft Edge pojawiło się wsparcie dla rozszerzeń i choć na chwilę obecną nie ma ich zbyt wiele (raptem 13), to być może najnowszy ruch firmy odwróci złą passę. Otóż zdecydowano się wydać narzędzie o wdzięcznej nazwie Microsoft Edge Extension Toolkit, którego głównym zadaniem jest ułatwienie pracy programistom chcącym wydać swoje rozszerzenia dla tejże przeglądarki. Zasada jego działania opiera się na konwertowaniu dodatków pisanych z myślą o Google Chrome w taki sposób, by mogły być one uruchamiane w produkcie Microsoftu działającym na Windows 10 Anniversary Update (wersja 14393.10). Prócz lakonicznego opisu pochodzącego ze sklepu brak jest jakichkolwiek bardziej szczegółowych informacji na jego temat, lecz jeśli jednak ktoś zapragnie z niego skorzystać, to powinien udać się do sklepu Windows.

Wielu wiernym fanom Opery nie spodobała się obrana przez nich jakiś czas temu, nowa ścieżka. Zdecydowano się wtedy porzucić rozwijany od lat silnik Presto, by zamiast niego skorzystać z gotowego Blinka, będącego forkiem popularnego WebKita. Oliwy do ognia niewątpliwie dodał fakt, iż przy okazji całkowicie przebudowano interfejs na wzór Google Chrome, a przy tym pozbyto się większości funkcji, za które użytkownicy tak lubili poczciwą Operę napędzaną przez Presto.opera_666x348Niedawno spadł na nich kolejny cios, gdyż na jaw wyszła druzgocąca informacja, wynikająca z dość miernej kondycji finansowej twórców Opery. Zaowocowało to pomysłem na sprzedaż tejże przeglądarki, lecz przez bardzo długi czas nikt nie zdecydował się na jej kupno. Dopiero całkiem niedawno zainteresowało się nią chińskie konsorcjum złożone z firmy Kunlun Tech (deweloper gier mobilnych) oraz Qihoo 360 (producent programu antywirusowego). Jak się okazuje, zaoferowana kwota wynosi aż 1,2 miliardów dolarów i w zamian za nią nowi nabywcy otrzymają 100% udziałów. Należy tutaj odnotować, iż nic nie zostało jeszcze oficjalnie zatwierdzone, aczkolwiek obecny właściciel Opery twierdzi, że jest zadowolony z przedstawionej mu oferty i nie widzi żadnych powodów aby ją odrzucić. Można więc śmiało założyć, iż prędzej czy później dojdzie do wspomnianej transakcji i swego czasu wszędzie polecana przeglądarka zmieni swojego właściciela.

Microsoft w swojej najnowszej przeglądarce bardzo mocno rozwinął swój autorski silnik JavaScriptu – Chakra. Pierwotnie zadebiutował on w Internet Explorerze 9, jednak tamtejsza implementacja zbytniej przychylności społeczności nie zyskała, gdyż wydajnością dalece odbiegała od rozwiązań konkurencji. Diametralnie zmieniło się to dopiero wraz z premierą Microsoft Edge i jak się obecnie okazuje, to nie koniec zmian zaplanowanych przez Microsoft.chakra_chakracore_componentizationOtóż wraz z nadejściem stycznia firma umieści na GitHubie silnik ChakraCore. Dopisek „core” oznacza w tym przypadku tylko (lub aż) tyle, iż jest to produkt całkowicie pozbawiony naleciałości odwołujących się do innych tworów tegoż giganta. Dzięki temu jest on całkowicie autonomiczny i niezależny od jego implementacji znanej z Windows, a to z kolei sprawia, że skorzystać będzie mógł z niego każdy zainteresowany. Z początku pewnym problemem może być jednak fakt, iż projekt ten kompatybilny będzie wyłącznie z Windows, choć z czasem ma się to oczywiście zmienić. Firma bowiem dąży do sytuacji, w której ich silnik stanie się w pełni wieloplatformowym produktem – w sumie nie ma co się dziwić takiemu podejściu, gdyż taka obecnie panuje tendencja na rynku. W kontekście ChakraCore warto jeszcze nadmienić, iż wspierać będzie nie tylko asm.js i SIMD, ale i w pewnym stopniu również ECMAScript 2015 (ES6).

Wydawać by się mogło, że na rynku zdominowanym przez Google i jego produkty nie ma już choćby najmniejszego miejsca dla innych firm, a tym bardziej dla głównego rywala – Microsoftu. Okazuje się jednak, że już teraz Intel, AMD oraz NodeSource zapowiedzieli wsparcie dla projektu giganta z Redmond, dzięki czemu powinien się on prężnie rozwijać w kierunku konkretnych zastosowań. Zapewnić ma to jego udostępnienie na licencji MIT, która znana jest ze swojej elastyczności i dużej swobody w modyfikowaniu. Ruch ten niewątpliwie przyczyni się do znacznego poprawienia zamkniętego wydania (Chakra), gdyż Microsoft będzie mógł praktycznie bez skrępowania wykorzystywać zmiany poczynione w ChakraCore – sytuacja ta podobna jest do tej występującej między Chromium i Google Chrome.

O tym, że stare oprogramowanie prędzej czy później musi odejść do lamusa wie zapewne każdy. Nie wszyscy chcą się jednak z tym pogodzić, gdyż niejednokrotnie wydali na dany program sporą sumę pieniędzy, a zakończenie jego wsparcia w pewnym sensie wymusza ponowne sięgnięcie do portfela. Niektórzy z tym walczą ile tylko mogą, inni zaś sięgają po alternatywy. Największą dramą było chyba zakończenie wsparcia dla Windows XP przez Microsoft, które przez samą firmę odwlekane było wiele razy, choć już bardzo dawno powinno zostać zaniechane. Wraz z nadejściem tego dnia internet zalała fala niezadowolenia (nieuzasadnionego zresztą) i deklaracji, że co niektórzy pozostaną wciąż przy tym systemie.20131017_chromexp1-960x540Okazuje się jednak, że z czasem może stać się to nie tylko głupie, ale i niebezpieczne dla nas samych. W końcu system to jedno, ale wciąż pozostaje masa zainstalowanych na nim aplikacji, które również tracą wsparcie. Tak w kwietniu przyszłego roku stanie się z Google Chrome, gdyż począwszy od tego miesiąca nie zapewni nam on już należytej ochrony podczas serfowania w sieci. Brak aktualizacji krytycznych błędów na pewno nie jest czymś pożądanym, dlatego też już teraz należałoby rozglądnąć się za alternatywą, jeśli wciąż chcemy korzystać z XP. Co ciekawe, podobny los czeka tą przeglądarkę na systemach Windows Vista oraz Mac OS X od wersji 10.6 do 10.8 – Google jest nieugięte i nie chce dokładać sobie roboty wspieraniem staroci.

Nie ma co zbytnio rozpaczać nad tą decyzją, gdyż była (i zawsze będzie) ona tylko kwestią czasu. Jeśli nam to nie odpowiada to zawsze możemy poszukać jakiegoś zamiennika, a i ratunkiem może okazać się Linuks, który potrafi uratować niejeden starszy sprzęt nieprzystosowany do nowego Windowsa. Tak czy siak powinniśmy jak najszybciej znaleźć rozwiązanie z tej sytuacji, gdyż od tego zależy nasze bezpieczeństwo w sieci.